Kaboom!

- hej, a co tam u Maćka?
- a dobrze, oliwki sprzedaje.

Najprostszy dialog na świecie spowodował łańcuch wydarzeń, dzięki któremu zostałam megaświadomym zjadaczem oliwy, pokochałam buraczki i znalazłam najlepszą kawę w Krakowie.




Po pierwsze: OLIWA

Są oliwy i oliwy. Jedne zbierane od kilku, kilkunastu rolników, przechowywane dajmy na to kilka miesięcy (straciły większość soku), butelkowane i wysyłane w świat za osiem złociszy za dużą butelkę.
Drugie, zbierane z własnego pola, wyciśnięte po czterech, pięciu godzinach po zbiorze, butelkowane i wysyłane w świat za sześćdziesiąt osiem złociszy za dużą butelkę.
Różnica jaką poczułam po degustacji oliwy pochodzącej z niewielkiego włoskiego gospodarstwa agroturystycznego La Ranocchiaia jest nie do opisania. 
Zapach trawy, lekka gorycz, cudownie aksamitna konsystencja.
Wytrawny znawca z pewnością doszukałby się jeszcze wielu atutów, szczególnie oliwy jednogatunkowej.
Wiedzieliście, że różne gatunki oliwek podczas zapylania się miksują, także jedyny sposób na uzyskanie oliwy jednogatunkowej to oznaczenie drzewek na plantacji, po czym zbieranie po kolei z każdego drzewka. Tyle zachodu, żeby można było dodać świeżo mielonego pieprzu i zamoczyć pieczywo i odpłynąć...

Po drugie: KONFITURY

Kiedy weszłam do sklepiku na Kleparzu, poza miłym dla oka widokiem pięknych produktów, poza niepowtarzalnym smakiem oliwy towarzyszył mi także niezwykły zapach - imbir, cynamon... 
Rzuciłam okiem na słoiczek na ladzie - Chutney Buraczany. Chutney wiadomo - rodzaj gęstego sosu, konfitury owocowo - warzywnej. Buraczany - buraków nie znoszę całym sercem i od zawsze. 
Spróbowałam i oszalałam, a oczom mym ukazała się wizja sobotniego obiadu ze stekiem i tym właśnie chutneyem w roli głównej. 
Buraki, imbir, jabłko, rodzynki, ocet, daktyle, cebula - absolutnie genialne połączenie.
Na pomysł ciekawych konfitur, inspirowanych smakami z całego światła wpadła Sophie Evans, zakładając La Koguta

Po trzecie: OLIWKI

Najczęściej używane przeze mnie oliwki pochodziły ze znanego powszechnie słoiczka z czerwoną etykietką, małe, wydrylowane, z neutralnej zalewy. 
Czasem zdarzyło się gdzieś spróbować dużych, zielonych oliwek z pestką, przywiezionych prosto z Grecji.
A teraz już więcej nie kupię tych słoiczkowych, bo znalazłam oliwkowy raj!
Czarne, zielone, nadziewane, w ziołach, greckie, hiszpańskie, portugalskie, marokańskie, egipskie, tunezyjskie, a jakby było mało to jeszcze hummus, pesto, podsuszane pomidory, karczochy, hiszpański czosnek i dolmadesy... 
Mój prywatny number one - duże zielone oliwki nadziewane migdałami! 
Sprawcy tego oliwkowego zamieszania to Oliwki Etc.

Po czwarte: KAWA

Brazylijska, przywożona jeszcze zielona do Warszawy, tam palona i dostarczana do Krakowa. Na miejscu jeden z ekspresowych mercedesów i genialna baristka. W życiu nie dostałam kawy w papierowych kubku, która smakowałaby w ten sposób!!

Najprościej mówiąc odnalazłam śródziemnomorski raj kulinarny w centrum Krakowa.
Gorąco polecam to miejsce - KABOOM, kiosk nr 33 na Starym Kleparzu.
Można ich także spotkać na Targu Śniadaniowym w każdą sobotę i niedzielę aż do września.
Warto warto warto, wszyscy wege szaleńcy i amatorzy oliwkowej kuchni - odwiedzajcie to miejsce tłumnie! 

















4 komentarze:

  1. A próbowałaś lemoniadę? Też jest genialna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, oliwa, chutney, na koniec kawa. Lemoniada przy najbliższej okazji ;)

      Usuń